Trybunał konstytucyjny jako narzędzie legitymizowania wasalstwa
„Państwo to specjalna organizacja siły, przemocy w celu uciskania jakiejś klasy”.
To zdanie jest tezą ustrojową: aparat państwowy, w tym sądy, trybunały i konstytucja jako jego ideologiczna oprawa, nie stoi ponad klasami. Jest maszyną, która utrwala panowanie jednych nad drugimi. Właśnie dlatego spór o Trybunał Konstytucyjny, nie jest sporem o „lepszą” czy „gorszą” demokrację. Jest sporem o to, kto będzie obsługiwał tę samą maszynę – z innym logo partyjnym, ale z tą samą funkcją: chronić własność, hierarchię i przywileje przed roszczeniami społecznymi. W Polsce mamy do czynienia z dwiema frakcjami kompradorskiej elity, które różnią się stylistyką i zewnętrznym patronem, ale nie stosunkiem do państwa. Jedni i drudzy chcą zawłaszczyć TK w imię demokracji – i jedni, i drudzy robią to dla siebie. Frakcja „neoliberalna” (obóz PO) szuka legitymizacji w Berlinie i Brukseli; frakcja „suwerennowo-konserwatywna” (obóz PiS) – w Waszyngtonie. Obie mówią o demokracji, ale obie chcą sądu, który będzie orzekał po ich myśli. To nie demokratyzacja instytucji, lecz kapitalistyczne zawłaszczenie państwa dokonywane przez kolejne frakcje kompradorskie. Kluczowe decyzje – o sojuszach, bezpieczeństwie, polityce gospodarczej – zapadają poza Warszawą, w centrach, którym te elity służą. TK jest im potrzebny nie do rządzenia, lecz do legitymizowania wasalstwa: zamieniania zewnętrznych nakazów w wewnętrzne normy. To złudzenie suwerenności – mylenie zarządzania aparatem z władzą.
I właśnie w tym miejscu pojawia się „precz z komuną”. Zwolennicy Nawrockiego i PiS krzyczą tak pod adresem PO; PO odwzajemnia się oskarżeniami o „komunę” wobec PiS. ,,Komuna” funkcjonuje tu jako pusty znak i dosłowne widmo: komunizm to ustrój społeczeństwa bezklasowego, którego niższym etapem jest socjalizm, a który nie został osiągnięty w żadnym kraju – wymaga najwyżej rozwiniętych środków produkcji i zniesienia podziału na klasy społeczeństwa, a nie „powrotu” do czegoś, co ludzkość już przeżyła. Państwa tzw. realnego socjalizmu budowały dopiero socjalizm, nie komunizm; dlatego „komuna” nie ma empirycznego desygnatu w istniejących ustrojach – jest straszakiem, który można przykleić do każdego przeciwnika. Obie strony sporu są formacjami kapitalistycznymi, więc wzajemne wyzywanie się od komuny to teatr w ramach jednego antykomunistycznego konsensusu. Nie chodzi o symetrię win, lecz o symetrię funkcji: wyzwisko ma uniemożliwić pytanie klasowe, zanim ono w ogóle wybrzmi.
Ten straszak ma jednak jeszcze jedną funkcję: zasłonić pozytywne przesłanie socjalizmu. Socjalizm – jako dążenie do zniesienia wyzysku i ucisku jednych przez drugich – jest przecież niczym innym, jak próbą urzeczywistnienia sprawiedliwości, którą postulowali filozofowie wszystkich epok: Platon (sprawiedliwość jako właściwy porządek państwa), Arystoteles (sprawiedliwość dystrybucyjna i wyrównawcza), św. Tomasz z Akwinu (sprawiedliwość jako cnota porządkująca wspólnotę), Tomasz More i Tommaso Campanella (wizje wspólnoty bez nędzy i wyzysku), Jean-Jacques Rousseau (równość i wola powszechna), Immanuel Kant (godność osoby i prawa człowieka), Henri de Saint-Simon, Charles Fourier i Robert Owen (wczesne projekty zniesienia nędzy), aż po Karola Marksa, który ów postulat sprawiedliwości przełożył na analizę stosunków produkcji i program zniesienia wyzysku. Straszak „komuny” ma sprawić, że ten cały horyzont sprawiedliwości zniknie z debaty – że socjalizm będzie się kojarzył wyłącznie z widmem, a nie z pytaniem o sprawiedliwy ustrój.
A mechanizm jest prosty i działa jak żyleta: propaganda Zachodu nauczyła, że każdy kryzys to „za mało kapitalizmu w kapitalizmie” – a winna jest „komuna”, regulacje, „socjal”, „resztki starego systemu”. W ten sposób odwraca się uwagę od tego, co faktycznie głęboka analiza pokazuje, jako fakt empiryczny: kapitalizm nie zawodzi „czasami” z powodu złych polityk, lecz wytwarza kryzysy w sposób cykliczny i strukturalny, jako prawo swojego funkcjonowania. Kryzys nie jest chorobą systemu – jest jego metabolizmem. Cykliczność jest mierzalna: w krajach OECD od 1970 r. doliczono się 5 dużych i 13 małych kryzysów finansowych; globalnie między 1970 a 2012 r. naliczono 425 kryzysów finansowych; na poziomie krajowym w latach 1970–2007 odnotowano 124 kryzysy bankowe, 326 walutowe i 64 kryzysy zadłużenia państwowego. To nie są „wpadki” – to powtarzalny rytm systemu. Strukturalność ma nazwę: nadakumulacja i spadająca stopa zysku. Kryzys 2008 r. nie był skutkiem „chciwości kilku bankierów” ani „za mało rynku” – był zakorzeniony w remedium na poprzedni kryzys: pęknięcie bańki nieruchomości w 2007 r. doprowadziło do globalnej recesji, a mechanizm był ten sam, który wcześniej „leczył” wcześniejszą zapaść. W USA stopa zysku spada spektakularnie od II wojny światowej: „złoty wiek” 1946–1965, gwałtowny spadek 1965–1980, krótkie neoliberalne ożywienie 1982–1997 i ponowny zjazd od 1997 r. Co więcej, wzrost stopy zysku w latach 1980–2014 w dwóch trzecich wynikał ze wzrostu wyzysku pracy, a tylko w jednej trzeciej z tańszej technologii. To nie „wolny rynek” leczył system – leczył go wyzyskiem neoniewolników w tym tych z byłego bloku wschodniego. Kryzysy zadłużenia pokazują, jak „za mało kapitalizmu” obraca się przeciw tym, którym się go zaleca: w latach 80. wskaźnik obsługi długu krajów rozwijających się wzrósł z 13,3% dochodów z eksportu w 1970 r. do 23% w 1980 r. i pozostał na poziomie 21% w 1990 r., a łączne płatności odsetkowe i amortyzacyjne wzrosły z 90 mld dolarów w 1980 r. do około 175 mld w 1990 r. Nierówności są strukturalnym skutkiem, nie przypadkiem: w USA w latach 2007–2012 płace przeciętnego pracownika spadły poniżej indywidualnego poziomu ubóstwa, a ponad 90% całego nowego dochodu trafiło do górnego 1%. COVID-19 nie był „czarnym łabędziem”, lecz soczewką systemu: przerwanie łańcuchów dostaw zamieniło kryzys epidemiologiczny w gospodarczy, bo system, który stawia zysk przed potrzebami, nie może reagować na zagrożenie inaczej, niż przez pryzmat rentowności.
Wracając do „komuny” jako klątwy: właśnie dlatego obie frakcje tak chętnie się nią posługują. Dopóki winna jest „komuna”, „regulacje” czy „socjal”, dopóty nie trzeba pytać, dlaczego system z definicji produkuje kryzysy, bezrobocie, zadłużenie i nierówności. „Komuna” jest pustym znakiem i straszakiem, który zastępuje analizę klasową – i w ten sposób chroni kapitalizm przed pytaniem, na które ekonomia oparta analizująca wyzysk, odpowiada danymi: to nie „za mało kapitalizmu” jest problemem, lecz sam kapitalizm sam. Państwo – jak pisał klasyk – pozostaje organizacją siły w celu uciskania jednej klasy przez drugą; a spór o TK, podobnie jak krzyk „precz z komuną”, jest tylko teatrem w ramach tego samego panowania.
Prawdziwe pytanie nie brzmi: „kto powinien obsadzić Trybunał – PO czy PiS?”. Brzmi: „dlaczego konstytucja i instytucje mają legitymizować władzę elit, a nie służyć tym, którzy protestują w Bogdance, czekają na szpital powiatowy i płacą rachunki?” Dopóki to pytanie nie stanie się osią polityki, Warszawa pozostanie daleko nie tylko od Paryża, ale i od własnych obywateli.
Dodaj komentarz