Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska musiała połączyć trzy różne systemy gospodarcze zaborców. Przemysł był rozrzucony, a sieć kolejowa nie tworzyła spójnej całości. Mimo prób stabilizacji, w tym reformy walutowej Władysława Grabskiego w 1924 roku, która wprowadziła złotego, kraj nadal był mocno zależny od rynków zachodnich. Dane z pierwszej połowy lat dwudziestych pokazują tę zależność jasno.

Produkt krajowy brutto na jednego mieszkańca w Polsce, liczony według parytetu siły nabywczej, wynosił około 40 do 50 procent średniej światowej. Polska była więc bardziej peryferią, niż półperyferią. Udział towarów wysokiej technologii w eksporcie nie przekraczał 5 procent, podczas gdy w krajach centrum był powyżej 15 procent.

W połowie lat dwudziestych struktura handlu zagranicznego była bardzo niekorzystna. Węgiel kamienny stanowił 30-35% wartości eksportu. Ropa i produkty naftowe dawały 8-12%. Drewno i produkty leśne około 10-12%. Produkty rolne, takie jak zboże, ziemniaki, wieprzowina i jaja, to 25-30%. Razem surowce i żywność stanowiły ponad 80% eksportu Polski. Głównymi odbiorcami były Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy i kraje skandynawskie.

Import wyglądał inaczej. Maszyny i urządzenia przemysłowe stanowiły 20-25% wartości importu. Towary chemiczne, takie jak kwasy, nawozy i leki 10-15%. Tekstylia i ubrania 15-20%. Pojazdy, lokomotywy i statki około 10%. Dobra luksusowe, jak kawa, herbata i owoce tropikalne, mimo małego udziału, też wpływały na bilans. Głównymi krajami importu były Niemcy, Wielka Brytania, Francja i USA.

Różnica wartości między eksportem a importem była bardzo duża. Aby kupić jedną angielską lokomotywę, Polska musiała sprzedać około trzech tysięcy ton węgla. Aby sprowadzić ciągnik z USA, trzeba było wyeksportować dwieście pięćdziesiąt świń, lub sto ton masła. W przeliczeniu na godziny pracy polskiego robotnika każda złotówka wydana na import wymagała wyprodukowania eksportu o 20 do 30 procent większej wartości, uwzględniając nakład pracy. Taki proces nazywa się nierówną wymianą. Chodzi o sytuację, w której w handlu międzynarodowym dochodzi do transferu wartości z krajów eksploatacji pracowników i zasobów (peryferii) do rozwiniętego dzięki tej eksploatacji (centrum), mimo że formalnie wymiana jest dobrowolna i oparta na cenach rynkowych.

Kluczowe w tym ujęciu jest to, że ceny nie odzwierciedlają rzeczywistych nakładów pracy społecznie niezbędnej – kraje o wyższej wydajności pracy i wyższych płacach „sprzedają” swoje produkty drożej, niż wynikałoby to z samego czasu pracy, a kraje o niższej wydajności muszą eksportować dużo większe ilości swojej pracy (materializowanej w towarach) za te same importowane dobra. W ten sposób następuje drenaż wartości – Polska w opisywanym przykładzie oddawała za lokomotywę znacznie więcej pracy (w węglu, świniach, maśle), niż otrzymywała w postaci importowanego produktu.

Bilans handlowy zawsze pokazywał deficyt. W 1925 roku eksport wyniósł około 1,8 miliarda złotych, a import około 2,2 miliarda złotych. Deficyt wyniósł więc 400 milionów złotych. W 1928 roku, przed kryzysem, eksport wzrósł do 2,7 miliarda, a import do 3,1 miliarda, co znów dało deficyt 400 milionów. Tylko podczas recesji w 1932 roku, gdy import spadł bardziej niż eksport, pojawiła się mała nadwyżka około 100 milionów złotych. W 1935 roku deficyt znowu wyniósł 150 milionów.

Deficyt handlowy trzeba było pokryć z zagranicy. W 1927 roku Polska wzięła pożyczkę stabilizacyjną w amerykańskim banku Dillon, Read and Company na 62 miliony dolarów. Pieniądze te pomogły wzmocnić złotego, ale państwo musiało regularnie spłacać dług z odsetkami. Kapitał francuski dominował w przemyśle naftowym, zwłaszcza w rejonie Borysławia, oraz w części kolei. Kapitał niemiecki kontrolował dużą część przemysłu ciężkiego na Górnym Śląsku. Zyski z tych inwestycji wypływały za granicę w formie dywidend i odsetek, co dodatkowo osłabiało wartość produkcji w Polsce.

Przed przewrotem majowym sytuacja społeczna była bardzo napięta. Wynagrodzenia pracowników stanowiły mniej niż 45% dochodu narodowego, co oznaczało, że właściciele kapitału i ziemi zabierali większość wartości wytworzonej przez pracowników. Wskaźnik nierówności dochodowych (współczynnik Giniego) wynosił od 0,55 do 0,60, co jest bardzo wysokie. Na wsi wyzysk był duży — zysk dzierżawcy lub właściciela ziemi był ponad trzy razy większy niż płaca robotnika rolnego. W latach 1925-1926 strajkowały dziesiątki tysięcy gospodarstw chłopskich. W Łodzi i Warszawie odbywały się demonstracje głodowe, a na Wołyniu i w Galicji Wschodniej narastały konflikty między Polakami a Ukraińcami.

Gospodarka kraju była dodatkowo osłabiona przez wojnę celną z Niemcami, która zaczęła się w 1925 roku. Niemcy wprowadziły wysokie cła na polski węgiel, co spowodowało spadek jego eksportu o około trzydzieści procent w ciągu roku. Dochody budżetowe zmalały, a deficyt budżetowy wzrósł do dziesięciu-piętnastu procent produktu krajowego brutto. Dług zagraniczny wyniósł około czterdziestu pięciu procent PKB, co wtedy było bardzo wysokie, ale jeszcze nie krytyczne.

Do tych problemów gospodarczych doszedł poważny kryzys polityczny, zwany sejmokracją. Konstytucja marcowa z 1921 roku dawała Sejmowi dużą władzę kosztem rządu. Rząd był powoływany przez prezydenta, ale musiał mieć poparcie Sejmu, który mógł go w każdej chwili odwołać. Sejm był podzielony na wiele partii, od skrajnej prawicy po socjalistów i komunistów. Żadna partia nie miała większości. Tworzenie rządów wymagało długich negocjacji, a każdy rząd działał tylko kilka miesięcy. W latach 1918–1926 Polska miała czternastu premierów i wiele koalicji. Sejm często blokował budżet, zgłaszał wydatki bez pokrycia i prowadził burzliwe debaty bez konkretnych decyzji. Posłowie zajmowali się głównie walkami partyjnymi i osobistymi, a nie problemami kraju. Władza wykonawcza była słaba, a administracja nieskuteczna. W mediach i wśród części oficerów zaczęto mówić o sejmokracji jako źródle chaosu, korupcji i braku reform. Piłsudski i jego zwolennicy uważali, że taki system parlamentarny jest szkodliwy dla państwa i potrzebna jest silna władza do szybkiego działania.

Dwunastego maja 1926 roku Józef Piłsudski przeprowadził zamach wojskowy. Walki w Warszawie trwały trzy dni. Zginęło około czterystu osób, a około tysiąca zostało rannych. Nowy rząd, wspierany przez Piłsudskiego, wprowadził system zwany sanacją, czyli uzdrowieniem. Państwo mocniej kontrolowało gospodarkę. Ograniczono wolności parlamentarne, a opozycję prześladowano. Sejm istniał dalej, ale jego rola znacznie się zmniejszyła.

Bezpośrednie skutki gospodarcze przewrotu były pozytywne. Deficyt budżetowy spadł poniżej pięciu procent PKB w latach 1927–1929. Dług zagraniczny w stosunku do PKB zmniejszył się do około trzydziestu pięciu procent dzięki nowym pożyczkom i lepszej kontroli finansów. Rząd zaczął budować port w Gdyni, co uniezależniło Polskę od Wolnego Miasta Gdańska i jego niemieckiej administracji. W latach 1927–1929 wzrost gospodarczy przyspieszył, a bezrobocie zmalało. Indeks ryzyka upadku państwa, tworzony przez historyków gospodarki na podstawie kilku wskaźników, spadł z wysokiego do umiarkowanego poziomu.

Jednak trwała struktura handlu zagranicznego nie zmieniła się. Po krótkim poprawieniu relacji z Niemcami, które podpisały nowe umowy w 1927 i 1929 roku, Polska dalej eksportowała głównie węgiel, drewno i żywność. Udział surowców i półproduktów w eksporcie spadł tylko trochę, z ponad 80 do około 75 procent. Import maszyn i towarów przemysłowych był nadal wysoki. Polska nadal była zależna od zagranicznego kapitału. Banki amerykańskie i francuskie finansowały polski dług, a zyski z ich inwestycji trafiały za granicę.

Wielki kryzys lat 1929–1933 uderzył w Polskę z pełną siłą. Ceny węgla na rynkach światowych spadły o ponad połowę, a eksport gwałtownie się skurczył. Bezrobocie w miastach przekroczyło 25%, a na wsiach zapanował powszechny głód. Rząd sanacyjny odpowiedział na kryzys poprzez zwiększenie wydatków wojskowych, oraz rozpoczęcie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Był to ambitny program inwestycyjny, mający na celu rozwój przemysłu zbrojeniowego i maszynowego w rejonie Wisły i Sanu. Powstały huty stali, fabryki amunicji oraz zakłady lotnicze i chemiczne. Do 1939 roku w COP zainwestowano około miliarda złotych, co w tamtym czasie stanowiło ogromną sumę.

Tu wyjaśnijmy, jak działał kolonialny system zależności, który mimo formalnej niepodległości Polski, nadal istniał. W XIX wieku ziemie polskie były bezpośrednio wykorzystywane przez zaborców. Po 1918 roku forma wyzysku się zmieniła, ale zasady pozostały te same. Polska dostarczała tanią siłę roboczą na rynki Francji i Niemiec. W latach 1918–1939 z Polski wyemigrowało około 3 do 4 milionów ludzi, przede wszystkim do Francji, Niemiec, USA i Kanady. Pracowali oni w kopalniach, hutach i na farmach zachodniej Europy, ale byli opłacanie gorzej niż miejscowi pracownicy. Czyli stanowili eksportową tanią siłę roboczą. Polska sprzedawała surowce po niskich cenach ustalanych przez centra kapitalistyczne i kupowała drogie produkty przetworzone. Zachodnie metropolie nie musiały utrzymywać kolonialnej administracji, bo rynki, dług i zależność technologiczna same zapewniały transfer wartości z peryferii do centrum. Polska, mimo że po 1926 roku zaczęła rozwijać własny przemysł i mogła częściowo ustalać cła, wciąż była zależna i traciła na handlu z metropoliami kapitalizmu.

Przewrót majowy oddalił widmo szybkiego upadku państwa, ale nie rozwiązał głównych problemów. W połowie lat trzydziestych Polska znów miała deficyt handlowy i rosnące długi. Rząd sanacyjny postawił na militaryzację i sojusze z mocarstwami zachodnimi. W 1932 roku podpisano pakt o nieagresji z ZSRR, ale jednocześnie zacieśniono współpracę wojskową z Francją i Wielką Brytanią. Główne zagrożenie widziano w Moskwie. Planowano, że w razie wojny polska armia razem z Francuzami i Brytyjczykami zaatakuje na wschód. Wydatki na zbrojenia rosły i pod koniec lat trzydziestych sięgały około 30% budżetu. Inwestycje w przemysł cywilny, rolnictwo i infrastrukturę społeczną były ograniczane. Gospodarka przygotowywała się do wojny jeszcze przed jej wybuchem.

To pokazuje, że wychodzenie z kryzysu przez zbrojenia i sojusze z Zachodem nie daje niezależności gospodarczej ani politycznej.

Obecnie Polska zwiększa wydatki na wojsko i opiera się na sojuszach z NATO i USA. Powinna jednak pamiętać: bez rozwoju własnej produkcji i technologii pokojowej (a nie wojennej), oraz bez uniezależnienia się od eksportu taniej pracy i surowców – sama polityka sojuszy militarnych nie poprawi jej pozycji w światowej gospodarce.

Takimi sojuszami może wręcz utrwalić swoją zależność od krajów dostarczających broń i kapitał. Te kraje oczekują w zamian lojalności, dostępu do rynków – a w razie wojny także mięsa armatniego.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *